Wakacje w Toskanii
Od roku 2006 praktycznie nie mieliśmy dłuższego wyjazdu niż wyjazd tygodniowy. Zawsze było tysiąc powodów, przez które rezygnowaliśmy z wyjazdu na dłuższe kilkutygodniowe wakacje. W zeszłym roku zaparliśmy się - nic nas ni wystraszy, groźba redukcji, debety na kontach, ataki konkurencji. Jedziemy na 100%. Pakujmy do plecaków aparaty cyfrowe, szczoteczki do zębów i jedziemy w świat.
Podróż przez Niemcy, Austrię i Francję przebiegała absolutnie nadzwyczajnie. Kierowcy bardzo chętnie zabierają autostopowiczów, więc i nam powodziło się bardzo dobrze. Generalnie cywilizowane, czyste państwa z dobrą infrastrukturą drogową. Marzenie autostopowicza. A na dodatek znakomite parkingi na autostradach, na których śmiało można było rozbić namiot i do woli się wyspać.
Po dotarciu na wybrzeże same porażki - kemping, który wybraliśmy nie miał kompletnie żadnej infrastruktury, nie było prysznicy, ani toalet - zupełnie jak 15 lat temu w Polsce - tylko ceny podobne do wynajęcia pokoju w hotelu. Co zresztą zrobiliśmy, po trzech dniach pobytu przenieśliśmy się do motelu. Całość wydatków codziennych wyszła nawet niżej, bo Bed and breakfast było 5 euro na osobę tańszy niż pole namiotowe bez bieżącej wody i samodzielne gotowanie.
Pogoda na początku była znakomita, świeciło słońce, wiał niezbyt mocny wiaterek, było rześko. Stopniowo jednak niebo zasnuły burzowe chmury i nie pozostawało nam nic innego jak tylko szlajanie się po barach, co było dość kosztowne. W trakcie jednego z wypadów w knajpce zostawiłem torbę fotograficzną, w której znajdował się aparat Sony a350 i kompakcik Panasonic, która po powrocie oczywiście się nie znalazła. Zginął więc sprzęt, zginęły też
wcześniej wykonane foty. Ogólnie wyjazd trudno uznać za udany, ostatecznie, ani fajnie, ani ekskluzywnie, ani tanio nie było. Do domu wróciliśmy w nienajlepszych nastrojach ogólnie podłamani, a przecież w wakacjach chodzi o to, żeby wypocząć, a nie się psychicznie zmęczyć.